Dostępność cyfrowa w sklepie internetowym. Co naprawdę zmienia European Accessibility Act

Dłonie osoby piszącej na klawiaturze laptopa - dostępność cyfrowa i nawigacja klawiaturą

Pierwszy telefon w tej sprawie odebraliśmy latem ubiegłego roku. Dzwonił właściciel średniej wielkości sklepu z artykułami dla dzieci – przeczytał gdzieś, że „od czerwca trzeba mieć WCAG”, i chciał wiedzieć, czy grozi mu kara. Nie wiedział dokładnie co to WCAG, nie wiedział czy jego sklep podlega nowym przepisom, wiedział tylko tyle, że termin już minął, a on nie zrobił nic. Przez kolejne miesiące takich rozmów było kilkanaście. Dlatego ten tekst piszę raczej jako uporządkowanie tematu niż jako alarm – bo paniki wokół dostępności cyfrowej narosło więcej niż konkretów.

Zacznijmy od faktu, który wielu przedsiębiorców przegapiło: 28 czerwca 2025 roku w Polsce zaczęła obowiązywać ustawa z 26 kwietnia 2024 r. o zapewnianiu spełniania wymagań dostępności niektórych produktów i usług przez podmioty gospodarcze.[1] To polska transpozycja unijnej dyrektywy 2019/882, znanej szerzej jako European Accessibility Act.[2] I – wbrew temu, co czasem słychać – nie jest to przepis wyłącznie dla urzędów. Dotyczy także zwykłych sklepów internetowych.

Kogo to naprawdę dotyczy

Tu pojawia się pierwsze nieporozumienie. Obowiązek dostępności cyfrowej w sektorze publicznym istnieje w Polsce od 2019 roku i to jego dotyczyła wcześniejsza ustawa o dostępności cyfrowej stron internetowych podmiotów publicznych. Nowość polega na tym, że European Accessibility Act przeniósł te wymagania do sektora prywatnego – na handel elektroniczny, bankowość, usługi telekomunikacyjne, transport czy e-booki.

Sklep internetowy podlega przepisom, jeśli świadczy usługi konsumentom (B2C) i nie kwalifikuje się jako mikroprzedsiębiorstwo świadczące usługi. W praktyce próg jest dwuelementowy: zwolnienie obejmuje firmy zatrudniające mniej niż 10 osób, których roczny obrót albo suma bilansowa nie przekracza 2 milionów euro. Jeśli przekraczasz którykolwiek z tych progów istotnie powyżej – przepisy Cię obejmują. Sprzedaż transgraniczna nie zmienia obrazu: liczy się to, czy oferujesz usługi konsumentom w Unii, a nie gdzie masz siedzibę.

Warto to powiedzieć wprost, bo bywa źródłem fałszywego poczucia bezpieczeństwa: mały sklep „na jednoosobowej działalności” rzeczywiście może być zwolniony. Ale sklep z magazynem, kilkuosobowym zespołem i obrotem powyżej dwóch milionów euro – już nie. A takich w polskim e-commerce jest dziś dziesiątki tysięcy.

WCAG, czyli z czego ta dostępność się składa

Ustawa odsyła do normy technicznej EN 301 549, ta z kolei do wytycznych WCAG na poziomie AA. WCAG (Web Content Accessibility Guidelines) to opracowany przez konsorcjum W3C zestaw kryteriów opisujących, jak budować treści cyfrowe dostępne dla osób z różnymi niepełnosprawnościami.[3] W przepisach przywoływana jest najczęściej wersja 2.1, choć branża praktycznie pracuje już na 2.2, która jest jej rozszerzeniem.

Cała filozofia WCAG mieści się w czterech zasadach, które po angielsku tworzą akronim POUR: treść ma być postrzegalna (Perceivable), funkcjonalna (Operable), zrozumiała (Understandable) i solidna (Robust). Brzmi abstrakcyjnie, więc przełóżmy to na rzeczy, które widzę na ekranie niemal każdego audytowanego sklepu:

  • zdjęcia produktów bez tekstu alternatywnego – czytnik ekranu mówi niewidomemu użytkownikowi „grafika”, zamiast „buty trekkingowe damskie, granatowe”;
  • jasnoszary tekst na białym tle, z kontrastem poniżej wymaganego 4,5:1 – nieczytelny dla osoby słabowidzącej, a często i dla każdego w słońcu;
  • koszyk, którego nie da się obsłużyć samą klawiaturą, bo „dodaj do koszyka” reaguje wyłącznie na kliknięcie myszą;
  • formularz zamówienia, w którym pole z błędem podświetla się tylko na czerwono – bez komunikatu, który odczyta technologia asystująca;
  • pola formularza bez powiązanych etykiet, przez co użytkownik czytnika nie wie, co właściwie wpisuje.

Żaden z tych problemów nie jest egzotyczny. To codzienność sklepów stawianych „na szybko”, na gotowym szablonie, bez kogokolwiek, kto pomyślałby o dostępności na etapie projektu. I właśnie dlatego najtaniej jest uwzględnić ją od początku – przy budowie strony lub sklepu internetowego – a nie łatać po fakcie.

Mit, który kosztuje najwięcej: „wystarczy wtyczka”

Najczęstsze pytanie, jakie dostajemy, brzmi: „a nie da się tego załatwić jedną nakładką?”. Na rynku rzeczywiście krąży cała kategoria produktów – tak zwanych overlayów dostępności – które obiecują, że po wklejeniu jednej linijki kodu sklep „staje się zgodny z WCAG”. Wiszący w rogu ekranu widżet z postacią na wózku, suwakami powiększania czcionki i trybem wysokiego kontrastu wygląda przekonująco i kusi ceną abonamentu zamiast kosztu przebudowy.

Mówię to bez ogródek, bo widzieliśmy skutki: sama nakładka nie czyni serwisu dostępnym. Organizacje zrzeszające osoby niewidome wielokrotnie wskazywały, że takie widżety w najlepszym razie dublują funkcje, które system operacyjny i czytnik ekranu mają od dawna, a w gorszym – wchodzą w konflikt z technologiami asystującymi i utrudniają korzystanie ze strony. Co więcej, overlay nie naprawia źródła problemu: jeśli przycisk „dodaj do koszyka” nie jest dostępny z klawiatury, żaden suwak kontrastu tego nie zmieni. Kupując nakładkę, kupujesz najczęściej spokój pozorny – a niekiedy wręcz dowód w sprawie, że problem był znany i „załatwiony” atrapą.

Dostępności nie da się dokleić. Trzeba ją wbudować – w kod, w strukturę nagłówków, w formularze, w kontrasty zdefiniowane na poziomie projektu graficznego. To więcej pracy niż wklejenie skryptu, ale jest to jedyna droga, która faktycznie działa i którą obroni się przy kontroli.

Czym to grozi i dlaczego nie warto czekać na pierwszą karę

Ustawa przewiduje kary administracyjne. Górny pułap zależy od konstrukcji przepisu, ale w obiegu funkcjonuje liczba do 10% obrotu z poprzedniego roku – wartość na tyle dotkliwa, że nie warto jej testować na własnym sklepie. Sankcję poprzedza jednak postępowanie i wezwanie do usunięcia naruszeń, więc katastrofa nie spada z nieba. Realne ryzyko jest dziś inne: skarga niezadowolonego użytkownika, kontrola, a w dalszej kolejności utrata części klientów, którzy po prostu nie są w stanie u Ciebie kupić.

Bo to jest sedno, które w dyskusji o karach ginie. Według danych GUS w Polsce żyje ponad 4,7 miliona osób z niepełnosprawnościami – około 12% społeczeństwa. Dołóżmy do tego rosnącą grupę seniorów robiących zakupy online, osoby z czasowymi ograniczeniami (złamana ręka, jasne słońce na ekranie telefonu) i okaże się, że dostępność to nie nisza, tylko spora część rynku, którą niedostępny sklep po cichu odprawia z kwitkiem.

Od czego zacząć – porządek, nie panika

W naszej praktyce sensowna kolejność wygląda następująco. Najpierw audyt: zautomatyzowany skan (narzędzia pokroju axe czy Lighthouse wyłapią część błędów technicznych), a po nim test ręczny – nawigacja samą klawiaturą i przejście ścieżki zakupowej z włączonym czytnikiem ekranu. Automaty wyłapują może połowę problemów; reszta wychodzi dopiero, gdy ktoś spróbuje realnie kupić produkt bez myszy.

Potem priorytetyzacja. Nie wszystko waży tyle samo – najpierw naprawiamy ścieżkę krytyczną: wejście, karta produktu, koszyk, płatność. Sklep, w którym da się dokończyć zakup z klawiatury i z czytnikiem, jest już dalej niż większość konkurencji. Dopiero później dopinamy bloga, stopkę i elementy poboczne.

Na końcu – i to obowiązek, o którym łatwo zapomnieć – deklaracja dostępności. To publiczny dokument opisujący stan dostępności serwisu i dane kontaktowe do zgłaszania problemów. U siebie prowadzimy ją jawnie; jeśli ciekawi Cię, jak taki dokument wygląda w praktyce, zajrzyj do naszej deklaracji dostępności.

I jeszcze jedno z naszej praktyki, bo bywa zaskoczeniem: największe przeszkody w sklepach nie tkwią zwykle w samym kodzie szablonu, tylko w treściach, które właściciel dodaje na bieżąco. Wgrane zdjęcia bez opisów alternatywnych, banery z całym komunikatem promocyjnym „wypalonym” w grafice (więc niewidocznym dla czytnika), nagłówki użyte dla samego efektu wizualnego zamiast dla struktury – to się produkuje codziennie, długo po wdrożeniu. Dlatego dostępność to nie jednorazowy projekt z odhaczonym pudełkiem, tylko nawyk redakcyjny. Warto przeszkolić osobę, która zarządza treścią, bo inaczej nawet najlepiej zbudowany sklep z czasem znów stanie się niedostępny.

Dostępność opłaca się też wtedy, gdy nikt Cię nie kontroluje

Mam wrażenie, że największą krzywdę temu tematowi wyrządziło ujęcie go wyłącznie jako przymusu prawnego. Bo nawet gdyby jutro ustawę uchylono, dobrze zbudowany pod kątem dostępności sklep zostałby z kilkoma realnymi przewagami. Poprawny kod semantyczny, sensowne nagłówki, opisy alternatywne i czytelna struktura to dokładnie te same rzeczy, które lubią roboty Google – dostępność i SEO w dużej mierze się pokrywają. Szybszy, czystszy front-end to niższy współczynnik odrzuceń. A jasny, kontrastowy interfejs po prostu lepiej sprzedaje – każdemu, nie tylko osobom z niepełnosprawnościami.

Jeśli prowadzisz sklep, który łapie się na próg z ustawy, a do tej pory odkładałeś temat – to znak, żeby wrócić do niego teraz, na spokojnie, a nie pod presją pierwszego wezwania. Jeśli nie wiesz, od czego zacząć, albo chcesz, by ktoś przeszedł Twój serwis ścieżką realnego użytkownika z czytnikiem ekranu, odezwij się do nas – robimy audyty dostępności i wdrażamy poprawki tak, żeby przy okazji nie rozsypać tego, co już działa.

Źródła

  1. Ustawa z dnia 26 kwietnia 2024 r. o zapewnianiu spełniania wymagań dostępności niektórych produktów i usług przez podmioty gospodarcze (Dz.U. 2024 poz. 731) – ISAP, Sejm RP.
  2. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/882 z dnia 17 kwietnia 2019 r. w sprawie wymogów dostępności produktów i usług (European Accessibility Act) – EUR-Lex.
  3. Web Content Accessibility Guidelines (WCAG) 2.1, W3C Recommendation – W3C; skrócony przegląd kryteriów: How to Meet WCAG (Quick Reference).